Każdy z nas ma swoje małe, tajemnicze przyjemności, o których niekoniecznie opowiada przy rodzinnym stole albo podczas eleganckiej kolacji. Czasem jest to oglądanie serialu, którego fabuła trzyma się logiki mniej więcej tak samo, jak skarpetki w pralce. Innym razem — słuchanie piosenki, która od lat powinna zniknąć z playlisty, ale wciąż wraca jak bumerang. Właśnie na takie smaczki język angielski ma idealne określenie: guilty pleasure.
Guilty pleasure – co to znaczy?
Zwrot guilty pleasure tłumaczy się dosłownie jako „winna przyjemność”, ale w praktyce oznacza coś nieco bardziej zgrabnego: przyjemność, którą odczuwamy, choć z jakiegoś powodu mamy wobec niej poczucie wstydu, zakłopotania albo przynajmniej lekkiego „nie wypada”. Brzmi dramatycznie? Spokojnie, to tylko językowy sposób na powiedzenie: „wiem, że to trochę kiczowate, ale uwielbiam to”.
Co ważne, guilty pleasure nie musi być niczym złym. To raczej coś, co nie pasuje do naszego wizerunku „osoby z klasą”, „speca od dobrego gustu” czy „człowieka, który słucha wyłącznie jazzu z winyla”. W rzeczywistości chodzi o bardzo ludzką rzecz: cieszenie się czymś bez potrzeby tłumaczenia się całemu światu. A jeśli ktoś ma z tym problem, cóż — najwyraźniej jeszcze nie zna siły czekolady jedzonej prosto z lodówki.
Jak poprawnie używać tego zwrotu?
W angielskim guilty pleasure funkcjonuje jako rzeczownik. Można powiedzieć na przykład: My guilty pleasure is watching reality shows, czyli „moją małą słabością jest oglądanie reality show”. Zwrot ten świetnie sprawdza się w rozmowach o muzyce, filmach, jedzeniu, ubraniach, serialach czy nawykach, które są odrobinę kontrowersyjne, ale dają autentyczną frajdę.
W polszczyźnie nie ma jednego idealnego odpowiednika, dlatego często zostawia się angielski zwrot bez tłumaczenia. Czasem mówi się też: „mała słabość”, „sekretna przyjemność” albo „coś, do czego mam słabość”. Żaden z tych wariantów nie oddaje jednak w pełni tego uroku, który niesie ze sobą guilty pleasure. Bo w tym określeniu jest i autoironia, i lekki wstyd, i przyjemność, czyli cały pakiet emocji w jednym krótkim wyrażeniu.
Najpopularniejsze przykłady guilty pleasure
Lista guilty pleasure jest tak długa, jak kolejka po pączki w tłusty czwartek. Jedni wstydzą się swojego zamiłowania do muzyki pop z lat 90., inni nie przyznają się do oglądania programów typu reality show, a jeszcze inni podjadają nuggetsy o północy, choć rano obiecują sobie życie fit. I wszyscy są w tym pięknie, ludzko podejrzani.
Do najczęstszych przykładów należą:
- oglądanie „kiczowatych” seriali i filmów, które krytycy zjechaliby bez litości;
- słuchanie przebojów, które są tak chwytliwe, że aż wstyd przyznać, że się je zna na pamięć;
- jedzenie niezdrowych przekąsek w momentach stresu lub nudy;
- kupowanie rzeczy „bo były śliczne”, mimo że nie są potrzebne absolutnie nikomu;
- czytanie plotek o gwiazdach, choć deklarujemy zainteresowanie wyłącznie ambitną literaturą;
- spędzanie godzin na bezsensownym scrollowaniu internetu i nazywanie tego „chwilą dla siebie”.
Najzabawniejsze jest to, że guilty pleasure często okazuje się czymś całkiem powszechnym. To, co jedna osoba ukrywa jak rodzinny sekret, druga robi publicznie i z dumą. Właśnie dlatego ten zwrot tak dobrze oddaje współczesne podejście do przyjemności: trochę żartobliwe, trochę zawstydzone, ale przede wszystkim bardzo prawdziwe.
Dlaczego tak chętnie mówimy o guilty pleasure?
Bo to pojęcie jest niezwykle wygodne. Pozwala nam przyznać się do słabości, ale w sposób bezpieczny i lekko ironiczny. Mówiąc, że coś jest naszym guilty pleasure, z góry rozbrajamy potencjalną krytykę. Jakbyśmy mrugali okiem i dodawali: „tak, wiem, to nie jest szczyt wyszukanego smaku, ale proszę mi dać żyć”.
Poza tym guilty pleasure pokazuje, że gust nie musi być zawsze poważny, wysmakowany i zgodny z trendami z Pinteresta. Czasem największą przyjemność daje właśnie to, co proste, absurdalne albo kompletnie nieproduktywne. I może właśnie w tym tkwi sekret tego zwrotu — przypomina nam, że nie musimy być konsekwentnie idealni. Możemy mieć ambicje, cele i terminarz, a jednocześnie uwielbiać oglądać programy, w których ludzie zakochują się po trzech dniach i jednym spojrzeniu.
Guilty pleasure w kulturze i codzienności
W kulturze popularnej guilty pleasure stało się wręcz modnym hasłem. Używa się go przy rozmowach o filmach, muzyce, książkach, a nawet modzie. Ktoś przyzna, że uwielbia cekiny, ktoś inny — że nie potrafi przejść obojętnie obok tandetnej ballady, a jeszcze ktoś inny — że zna wszystkie odcinki telewizyjnego dramatu, mimo iż zawsze mówił, że nie ogląda „takich rzeczy”.
To określenie świetnie działa też w social mediach, gdzie ludzie chętnie dzielą się swoimi sekretami w lekkiej, żartobliwej formie. Bo przyznanie się do guilty pleasure jest dziś niemal towarzyskim rytuałem. Trochę jak powiedzenie: „tak, jestem poważnym dorosłym człowiekiem, ale czasem jem płatki na kolację i oglądam kreskówki”. I wszyscy rozumieją — nikt nie ocenia, każdy kiwa głową ze współczuciem i lekką ulgą, że nie jest sam.
Jeśli więc następnym razem zapragniesz coś obejrzeć, zjeść albo posłuchać „w tajemnicy”, pamiętaj: to może być twoje małe guilty pleasure, ale wcale nie musisz się z niego spowiadać. Czasem właśnie takie drobne, trochę niepoważne przyjemności najlepiej poprawiają humor i przypominają, że życie nie składa się wyłącznie z obowiązków, kalendarza i poprawnych wyborów. Na szczęście.
Przeczytaj więcej na: https://fashionistki.pl/guilty-pleasure-co-to-znaczy-i-jakie-sa-najpopularniejsze-przyklady/