W świecie influencerów, gdzie każdy smoothie ze spiruliną może być okrzyknięty eliksirem nieśmiertelności, Belle Gibson była królową kale, królową detoksów i uzdrowicielką – przynajmniej tak się wydawało. Jej imperium zbudowane na obietnicy cudownego wyzdrowienia z raka okazało się jednak papierowym zamkiem, który w końcu został zdmuchnięty jednym podmuchem prawdy. Witajcie w jednym z najbardziej kuriozalnych i bulwersujących skandali dekady – poznajcie kulisy upadku Belle Gibson.
Rak, którego nie było
W 2013 roku internet oszalał na punkcie Belle Gibson – młodej Australijki, która twierdziła, że odmówiła tradycyjnej terapii raka mózgu, wybierając naturalne metody leczenia. Brzmi jak scenariusz z hollywoodzkiej produkcji? Oj, i to jeszcze jak! Gibson wykorzystywała media społecznościowe jako swoje osobiste laboratorium cudów, przekonując setki tysięcy obserwatorów, że kale smoothies, medytacja i odrobina jogi mogą zastąpić chemioterapię.
Jej aplikacja The Whole Pantry była prawdziwym hitem – Apple umieściło ją jako jedną z kluczowych aplikacji na prezentacji nowego Apple Watcha. A wszystko to na fundamentach… totalnej ściemy. Diagnoza raka? Nigdy nie potwierdzona. Lekarze? Nigdy nie istnieli. Najbardziej chora część tej historii? Gibson zbierała pieniądze na cele charytatywne, na które „zapominała” je przekazać. Ups, chyba się nie udało „uzdrowić” sumienia.
Im większy wpływ, tym większe kłamstwo
Chociaż w sieci sami „specjaliści od zdrowia”, Belle Gibson była prawdziwą pionierką zjawiska „influencera uzdrowiciela”. I jak na każdą pionierkę przystało – przecierała szlaki nawet w kwestii szerzenia fejków. To właśnie jej działalność doprowadziła do wzrostu sceptycyzmu wobec „naturalnych terapii”, a i sama branża wellness musiała się nieco podretuszować po tym medialnym trzęsieniu ziemi.
Śledztwo dziennikarskie „The Age” oraz „60 Minutes” z 2015 roku okazało się gwoździem do trumienki dla imperium Belle Gibson. Australijska influencerka została zmuszona do przyznania, że żadnego raka nigdy nie miała. A jednak ludzie jej wierzyli, wspierali ją finansowo, ufali jej poradom bardziej niż lekarzowi z dyplomem na ścianie. Bo przecież internet nie kłamie, prawda?
Moralność offline, kłamstwa online
Kiedy kurtyna opadła, Belle Gibson nie tylko musiała zmierzyć się z opinią publiczną, ale i z sądem. Federalny sąd Australii w 2017 roku nałożył na nią karę w wysokości 410 tysięcy dolarów australijskich za wprowadzanie opinii publicznej w błąd. Wśród poszkodowanych znalazły się również organizacje charytatywne, które nie otrzymały ani grosza, mimo obietnic składanych przez Belle.
Co najdziwniejsze? Belle Gibson do tej pory nie wydaje się szczególnie skruszona. Po skandalu próbowała jeszcze pojawić się w mediach w roli „ofiary nagonki”, ale sympatia internautów już dawno przeniosła się gdzie indziej – najpewniej w kierunku influencerek, które chociaż nie leczą raka smoothie, to przynajmniej regularnie rozliczają się z Urzędem Skarbowym.
Influencerzy a odpowiedzialność
Historia Belle Gibson to ponura przypowieść o tym, dokąd może zaprowadzić żądza sławy i pieniędzy połączona z brakiem moralnego Google Maps. Jej historia uświadomiła wielu użytkownikom, że internetowa popularność nie powinna stanowić podstawy do zaufania, zwłaszcza w kwestiach zdrowia. Niestety, dla wielu jej fanów jej bajka zakończyła się gorzką lekcją: zaufanie jest kruche jak wafelek do lodów w rękach dziecka w sierpniowe popołudnie.
Dopiero po tym skandalu media społecznościowe zaczęły bardziej rygorystycznie przyglądać się profilom ekspertów samouków – przynajmniej na jakiś czas. Ale pamiętajmy: jeden Gibson nie czyni wiosny. I choć Belle Gibson odeszła z pierwszych stron gazet, to echa jej fałszerstw wciąż wybrzmiewają w dyskusjach o regulacjach treści w internecie.
Niełatwo dziś odróżnić cud od fejka, ale historia Belle Gibson pokazuje, że nawet najbardziej błyszcząca otoczka „inspirującego uzdrowiciela” może ukrywać bardzo cuchnące wnętrze. Jej przypadek uczy nas, że zanim uwierzymy w cudowną moc kurkumy i medytacji, warto najpierw przeczytać kilka recenzji, a może nawet – o zgrozo – skonsultować się z lekarzem. A dla influencerów-lekarzy bez dyplomu? Lepiej pozostać przy recenzowaniu kremów niż składaniu obietnic zdrowotnych. Zdrowiej dla wszystkich – dosłownie.
Zobacz też:https://womenmag.pl/belle-gibson-kim-jest-historia-influencerki-ktora-oszukala-swiat/